Misiu and Efka Blog
Podróże i przygody Misia

cze
16

Miś ujeżdża słonia na Paharganj ;)

NEW DELHI  

Pierwsze wrażenie w Delhi jest brutalne: smród, brud, mgła i ciężkie, poranne powietrze. Poza tym trochę zimno w tych tropikach ;)  Ku mojemu zdziwieniu noclegu szukamy w dzielnicy, do której bałabym się sama wejść nawet w dzień… 

Paharganj

 Ach te pierwsze, mylne wrażenia- durny ten człowiek czasami… Paharganj to najosobliwsza dzielnica New Delhi!!! :) Ale do tego trzeba dorosnąć, jak zresztą do całych Indii… New Delhi zwiedzamy za maratończykiem- Andrzejem ;) Lubię zwiedzać miasta chodząc, ale qrwa bez przesady!!!

Miś przed Red Fort w Delhi

Świątynie, świątyńki i PRZEświątynie są naprawdę incredible, zwłaszcza, że są tylko niewielkimi (choć nierzadko olbrzymimi) wycinkami potężnej, zupełnie innej, absurdalnej całości. W Indiach szybko uczymy się dostrzegać detale… Miś w New Delhi czuje się jak obiekt pożądania każdego dziecka… 

Miś w Delhi próbuje nakarmić głodne oczy...

gdyby tak jego widok mógł zaspokoić głodne zabawek oczy i serducha dzieciaków… ale nie może… Zamiast tego wzbudza we mnie poczucie winy, że ja mam swojego Misia… 

RISHIKESH 

Miś w Rishikeshu

Święte miasto, gdzie swój początek ma jeszcze świętsza rzeka- Ganges. To właśnie takie Indie sobie wyobrażałam- bajeczne… Ganga ukrywa się wśród masywów górskich, jest piękna i potężna, a jej zieleń napełnia serce nadzieją. Co wieczór wierni adorują swoją świętą rzekę. Jest coś mistycznego w tej modlitwie, zresztą cały Rishikesh jest mistyczny… Pełno tu świątyń, klasztorów i szkół jogi. Panuje tu prohibicja (za to można śmiało jarać wszystko) i wegetarianizm. Nawet psy są wegetariańskie, dziwnie łagodne… To właśnie tutaj jadam banany razem z małpami ;)  

Rishikesh view

Próbuję ogarnąć wszystko wokół, ale mój mózg jest na to zbyt mały. Zamiast tego czuję jak świat przeze mnie przepływa. Odczuwam tutaj wyjątkowo silną potrzebę ciszy i medytacji. Zupełnie jakby nagle wszystko straciło swój sens… pozostała tylko Istota… 

To najpiękniejsze miejsce jakie dotychczas widziałam na ziemi. 

  

  

  

JAIPUR (Pink City) 

Z braku sił idziemy na łatwiznę i korzystamy z motorikszy objeżdżając wszystkie, najważniejsze zabytki od kina do okazałego pałacu z fortecą na wzgórzu. 

Jaipur

Miasto samo w sobie faktycznie jest różowe i urocze ;) Wieczorem jesteśmy padnięci, ale jest to przyjemne zmęczenie, bo mamy poczucie, że w pełni wykorzystaliśmy dzień. 

AGRA 

Taj Mahal

Tak, tak, to tutaj jest najbardziej znany na świecie Taj Mahal. 

Miś podejrzany o terroryzm w depozycie w Taj Mahal

Oczyma wyobraźni widziałam już fotkę Misia na tle tej słynnej budowli i… tu się pomyliłam. Misiu został uznany za terrorystę i wraz z wielofunkcyjnym scyzorykiem trafił do depozytu na czas zwiedzania. Nie byłam zła- byłam wściekła!!! Taj Mahal jest śliczny, ale to chyba właśnie o to chodziło… 

  

  

   

   

   

  

 MATURA

Syf. Świątynie Kryszny robią wrażenie z zewnątrz, natomiast w środku to takie hałaśliwe byle co. 

Miś na tle świątyni Kryszny

Uwagę zwraca główna świątynia Kryszny, położona obok Meczetu. Obie oddzielone wysokim murem i ubezpieczane przez niezliczoną ilość żołnierzy, obie w stanie wojny… Wiele złego wydarzyło się w tym miejscu… 

KADŻURAHO (Khajuraho)  

Z Agry do Kadżuraho docieramy pociągiem, eh te indyjskie pociągi :D :D :D i te gołe dupy srające na torach :)  Za oknem zmienił się krajobraz- jest ładnie. Duże, stare drzewa, nawet te uschnięte są piękne. 

Khajuraho

W Kadżuraho mam wrażenie, że czas się zatrzymał. Mimo stada turystów miasteczko ma swój urok. Wokół jest czysto, spokojnie i po prostu ładnie. Świątynie erotyczne są przepiękne- Incredible India!!! 

Fragment świątyni erotycznej w Khajuraho

Tu nikt nie ma wątpliwości czy wpuścić Misia do środka :)  

VARANASI  

Wjeżdżając do tego miasta daje się wyczuć coś dziwnego, przytłaczającego… to uczucie nie opuszcza mnie aż do wyjazdu… 

Sklep z drzewem na stosy kremacyjne...

Mieszkamy nad ghatem przy spalarni gazowej, pod którą również palą się stosy. Dziwnie tu jest. 

Hindus karmi świętą krowę... a może dziadka?

Na każdym kroku czuć śmierć i kruchość ludzkiego życia- palące się stosy przyciągają jak magnez i każą kontemplować naszą nicość. „Z prochu powstałeś w proch się obrucisz…”- te słowa stają się tu z rzeczywistością… Tu palą się ciała-prochy ostatecznie lądują w rzece, z prawej ktoś robi pranie, a z lewej ktoś inny kąpie się w świętej Gandze… Psy nie są tak łagodne jak w Rishikeshu, tutaj agresywnie walczą ze sobą o niedopalone szczątki ludzkie… Zdjęć na ghatach krematoryjnych nie wolno robić i to bynajmniej nie z powodu świętokradztwa, tylko Hindusi zwietrzyli w tym biznes (zapłać 100 dolców to rób sobie zdjęcia do woli)… Tylko po co…??? 

Nad brzegiem Gangi w Varanasi

Dopiero spacer wzdłuż Gangi po wszystkich ghatach, z dala od tych krematoryjnych, pozwala dostrzec, że są one piękne, każdy z nich jest inny, osobliwy. Varanasi ma swój urok. 

BODH  GAYA  

Miś w Bodh Gaya

Świątynia Maha Bodhi jest najdostojniejsza i najświętsza. Pełno tu medytujących mnichów i Tybetańczyków. Czuć świętość w tym miejscu… aż samemu chce się oddać modlitwie i medytacji… Tuż obok Drzewa Bodhi (Przebudzenia) dwóch młodych mężczyzn porzuca życie doczesne i zakłada klasztorne szaty… oni są już szczęśliwi, a ich rodziny dumne… 

Pielgrzymi witają Misia serdecznym, przyjacielskim uśmiechem i z zaskakującą aprobatą. 

Mali Buddyści

W Bodh Gaya zwiedzamy jeszcze kilka klasztorów buddyjskich m.in. Tajski i Japoński- są średnie. Natomiast potężny posąg Buddy (25m) to już inna bajka ;) Cudny, choć popołudniowe słonko nie pozwala zrobić dobrych fotek. 

Siostrzyczka z mężem :)

Później wracamy przez Varanasi do New Delhi. Paharganj nie jest już czymś zaskakującym, lecz stał się czymś oczywistym… Żeby poznać Indie, trzeba poczuć głębię tej kultury- nie da się tego dotknąć inaczej. Ale na to potrzeba czasu i pokory. Indie, w całym swym absurdzie i skrajnościach są naprawdę Incredible i nie znam słowa, które mogłoby go zastapić…

paź
23
Miś w Rezerwacie Cyganów

Miś w Rezerwacie Cyganów

Dlaczego znowu Sycylia? Dlaczego nie?!!! Każda wycieczka na tę wyspę jest dla mnie jak skok na bungee (prawie, bo jak wiadomo cykor ze mnie i boję się wysokości… ;) ), słowem ostra jazda :) datkowym atutem wyjazdu było towarzystwo Ani, z którą zarówno Miś jak i ja pojedziem chętnie nawet na koniec świata! Tak, to nie mógł być normalny wyjazd… Zaczęło się od mojego spóźnienia na samolot, opóźnienia odprawy i urodzinowej fajki na bezcłówce!!! W Bolonii w rytm utworu Alabama Song podążałyśmy za szalonymi Brazylijczykami…(jeden nawet zrobił dla mnie urodzinowy striptiz!!!) … i tak do porannego samolotu :)  Trapani przywitało nas polskimi klimatami: „dzień dobry” od stewardessy i polskim radiem w barze :)

Miś koło domku w rezerwacie

Miś koło domku w rezerwacie

 Rozpoczęłyśmy naszą podróż autostopem… zaskakująco szybko dotarłyśmy do San Vito Lo Capo i Rezerwatu Cyganów (Riserva Naturale dello Zingaro), niestety, klucze od naszego domku są przy drugim wejściu do rezerwatu (Scopello), czyli musimy objechać 50km rezerwatu…

Miś i Ania w Palermo

Miś i Ania w Palermo

Już w rezerwacie, w drodze do domku słyszę od Ani: Baron, gdzie ty mnie prowadzisz?!… No tak, domek to zadaszone mury, w których łóżka to zbite dechy, światło to świeca, a woda to marzenie… a wokół tylko przyroda, przyroda, przyroda :)  Miś czuł się jak w raju :)  

Miś zwiedza Katakumby

Miś zwiedza Katakumby

Z rezerwatu pojechałyśmy do Palermo coby zobaczyć niedobitki z poprzedniej wizyty (Monreale i Katakumby). W Monreale mozaiki piękne i widok na Palermo cudny. A Katakumby? Hmm, to kolejny punkt czarnej turystyki- warto zobaczyć, ale tylko raz… 

Sicilian gangsters from Agrigento :)

Sicilian gangsters from Agrigento :)

W Palermo widziałyśmy jeszcze strajk- jedną z głównych dróg zablokowano kontenerami na śmieci… Do Agrigento dotarłyśmy późnym wieczorkiem, tam przednia, pojechana ekipa i małe party :)  Po spacerku na Schodach Tureckich (Scala dei Turchi) wyruszyłyśmy w dalszą drogę do Katanii.

Miś i Schody Tureckie

Miś i Schody Tureckie

I tu dwa mega odjechane stopy: zjarany samochodzik, tańczący w rytm Banda Bardo, a później crazy koleś- Mysza- przy którym nieraz popłakałyśmy się ze śmiechu!!!

Z misiem w Katanii

Z misiem w Katanii

Mysza udzieliła nam też schronienia w swojej norce na pierwszą noc w Katanii, gdzie balowaliśmy do rana ;) Przy południowym winku w Ostello (jedyne 5€/litr) oczekiwałyśmy na zbawienie… Pojawił się CouchSurfer, który musiał jeszcze tylko zapytać mamma czy może nas nocować…hehe… później pojawił się Salvo i to on gościł nas i towarzyszył nam w trakcie pobytu w Katanii… Zabrał nas do Militello in Val di Catania na festiwal kaktusów, gdzie próbowałyśmy m.in. musztardy z kaktusa.. :p Wieczorki w Katanii urozmaicały nam imprezki tematyczne pod patronatem Amnesty International :D

Filippo, Miś, ja i Ania w Trapani

Filippo, Miś, ja i Ania w Trapani

Z Katanii pojechałyśmy do Trapani (o 6:00 rano!!!). Tu przywitał nas Filippo z Hospitality i czym prędzej pobiegłyśmy spać na plażę… Zaplanowana na wieczór wyprawa do Erice nam nie wypaliła, więc naprawiłyśmy to degustacją przeróżnych piwek ;)  Rankiem popłynęłyśmy na wyspę Favignana (Isola Favignana), tam zaoszczędziłyśmy 4€ na rowerach, dzięki czemu mogłyśmy przez 2 godzinki po pustkowiu walk and walk and walk and walk and walk and walk… Bezcenne ;) Wyspa była zaskakująco zmienna: od słońca przez deszcz po upały i to wszystko w jedyne 5 godzin :)  

Cala Rossa na wyspie Favignana

Cala Rossa na wyspie Favignana

Wieczorkiem opuściłyśmy Sycylię i poleciałyśmy do Bolonii, której nie chciało nam się już zwiedzać ;) No ale skoro już tam byłyśmy… Zakupiłyśmy prowiant do Polszy i na odjezdne zjadły spaghetti Carbonare (hmm, dlaczego nie po Bolońsku???)  Natomiast osobowość jak i opowieści naszego ostatniego hosta totalnie mnie rozbiły :) :)   (… jak pluszowe zoo w podróży… :D )

Miś w swoim żywiole :)

Miś w swoim żywiole :)

wrz
25
Miś w Zamku na Orawie

Miś w Zamku na Orawie

Tym razem to ja gościłam CouchSurferów w moim domku (Anię, Oskara i Klapka). Korzystając z pięknego dnia i małego kacyka wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę na Słowację. Celem naszej podróży było jeziorko w Namestovie, Zamek Orawski i ciepłe źródła… Taa, te ciężkie leniwe poranki… Po przekroczeniu granicy- patrol i mandat :( Jedyne 50 euro (obniżka ze 100)- „Pani uważa, bo u nas mandaty drogie, do 350 euro…” Kokoty urządziły sobie w krzakach chamskie polowanie na nas i to zaraz za tabliczką oznaczającą wjazd do miejscowości (czyt. teren zabudowany). Trzeba przyznać, że Ania dzielnie zniosła swój pierwszy raz ;)

Miś w romańskim okienku

Miś w romańskim okienku

Nad jeziorem w Namestovie okropnie śmierdziało szambem,  obornikiem czy jak kto woli gównem, więc uciekaliśmy stamtąd czym prędzej. Nie poddajemy się i jedziemy zwiedzać zamek na Orawie. Bez trudu, smrodu i mandatów udaje nam się do niego dotrzeć. Przy kupnie biletu problem: pies nie może zwiedzać zamku. Może gdyby był takim małym krzykliwym pieskiem to prędzej, ale to normalny pies, może troszku nadpobudliwy… A tak na marginesie, to czy przepisy dot. psów nie dotyczą też tych małych??? Po namyśle zdecydowaliśmy się uwiązać Klapka pod wrotami do zamku.

Miś zdobywa Oravsky Hrad

Miś zdobywa Oravsky Hrad

Miła pani przewodnik, widząc Misia w moich rękach mówi: ‘A ja myślałam, że to chodzi o takiego prawdziwego psa, a nie pluszowego!”. Hmm, nawet ona zauważyła, że Miś to pies ;)

Miś i niedźwiedź

Miś i niedźwiedź

Zwiedzanie zamku zajęło nam jedyne 1,5 godz co Klapkowi z ADHD nie bałdzo się spodobało i obraził się na Anie i Oskara na całe 10 min ;)

Miś, Ania, Oskar i Klapek

Miś, Ania, Oskar i Klapek

Zamek, choć trzeba go zwiedzać z przewodnikiem i wypełniony jest replikami zrobił na mnie pozytywne wrażenie (nie to, co te szmaty (gobeliny) w komnatach królewskich na Wawelu). Zrobiło się późno, więc zamiast na ciepłe źródła to pojechaliśmy na zimne pifko do Dolnego Kubina. Tam też zakupiliśmy Absinth, który to skutecznie nas pocieszył i rozpalił po drogim wypadzie na Słowację…

lip
28
Miś i Alex w Kijowie

Miś i Alex w Kijowie

Uparłam się, żeby pojechać na wycieczkę do Czarnobyla i dzięki Alexowi z CS udało się! Alex znalazł mi ukraińskie biuro, załatwił pozwolenie i nawet zapłacił za wycieczkę. Tanie linie do Kijowa okazały się tanie nawet tydzień przed wylotem :) Tym razem mnie wpuścili :)  Choć Kijów nie był celem tej podróży, to spędziliśmy tam z Misiem kilka miłych chwil… Kijów to zwykła, europejska stolica. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiły na mnie piaszczyste plaże nad Dnieprem, ale przede wszystkim ukraińska gościnność i bezpośredniość.

 

CZARNOBYL, PRYPEĆ – MIASTO DUCHÓW

Informacje techniczno – organizacyjne dotyczące samodzielnego wyjazdu do Czarnobyla:  http://effciab.wordpress.com/organizacja-wycieczki-do-czarnobyla/

Wjazd do Zony

Wjazd do Zony

Do Czarnobyla jedziemy ok. dwie godz. busem. Na pokładzie Ukraińcy, dwóch Kanadyjczyków, Misiu i ja :) Na pierwszym posterunku kontrola paszportów. Zaraz za płotem ogradzającym „Zonę” widać pola uprawne (kukurydza i siano), zupełnie tak, jakby skażony teren dało się zamknąć…

Mapa Czarnobyla i Zony

Mapa Czarnobyla i Zony

Jedziemy do pierwszego większego miasteczka i tam, ku mojemu zaskoczeniu, niemal na każdym kroku widać życie. Owszem, większość domków jest opustoszała, a ich ruiny straszą na odległość, ale są też takie, które wyglądają całkiem normalnie. Ponoć 11 lat temu urodziła się tu dziewczynka, która nadal tu mieszka- jest zdrowa.  Tutaj mamy bazę. Zabieramy stąd przewodnika i jedziemy busem po okolicy.

Kościół z czystym źródłem

Kościół z czystym źródłem

Zatrzymujemy się przy kościółku- jest tam źródło, z którego mieszkańcy „Zony” czerpią wodę, bo jest najczystsza…

Skażone maszyny wojskowe

Skażone maszyny wojskowe

Później jedziemy zobaczyć park ze skażonym sprzętem wojskowym. Wygląda to dość sztucznie…

Zatrzymujemy się również przy pomniku poświęconym pamięci strażaków, którzy zginęli podczas gaszenia pożaru w elektrowni.

Przewodnik zabiera nas na most nad rzeką Prypeć. Widać stąd rozległe, skażone tereny leśne- od 23 lat stanowią ‘naturalny’ rezerwat przyrody. To niezwykłe jak szybko dzikie zwierzęta zadomowiły się i znalazły spokój w „Zonie”. Tak, żyją tam zwierzęta i mają się bardzo dobrze :)

Pomnik ku pamięci strażaków, którzy zginęli w Czarnobylu

Pomnik ku pamięci strażaków, którzy zginęli w Czarnobylu

Następny foto-stop mamy na przystani wodnej, a w niej niezwykły widok na wraki zardzewiałych statków.

Miś na przystani

Miś na przystani

Tam objawiam grupie moich współtowarzyszy Misia ;)  Później jedziemy zobaczyć IV reaktor, a raczej sarkofag.

Miś i sarkofag

Miś i sarkofag

Zatrzymujemy się w kilku miejscach z widokiem na kopułę ochronną. Z jednej strony podobno nie można robić zdjęć, ze względu na tajność obiektu (ale kogo to obchodzi…???). Tam wchodzimy na most, z którego widać masę ryb, zwłaszcza olbrzymie sumy robią wrażenie. Zastanawiam się czy ludzie mieszkający w strefie faktycznie ich nie łowią??? Przez cały czas, kiedy zbliżyliśmy się do reaktora, liczniki Geigera piszczą, czyli sygnalizują podwyższony poziom promieniowania, ale nie jest to poziom niebezpieczny dla zdrowia. Oczywiście samego sarkofagu nie można zwiedzać :)

Przybliżenie sarkofagu

Przybliżenie sarkofagu

Ok, teraz pora na Prypeć. Wpierw zatrzymujemy się przy pięknym, murowanym znaku „Prypeć”,

Przed wjazdem do miasta Prypeć

Przed wjazdem do miasta Prypeć

chwilę później przy budce strażnika i zwykłej pordzewiałej tablicy „Prypeć”.

Tablica wjazdowa do Prypeci

Tablica wjazdowa do Prypeci

Jesteśmy w mieście duchów. Jedziemy do centrum miasta. Przewodnik puszcza nas na wybieg- możemy gonić gdzie chcemy.

Graffiti 1

Graffiti 1

Graffiti 2

Graffiti 2

Graffiti 3

Graffiti 3

Tu pierwsza rzecz, która się rzuca w oczy, to czarne postacie ludzkie na ścianach, które kilka lat temu namalowała grupa ukraińskich gówniarzy-grafficiarzy. 

Klatka schodowa w hotelu

Klatka schodowa w hotelu

Wpierw pomyślałam, że cholernie pasują do tego miejsca, że idealnie oddają klimat opuszczonego miasta- miasta duchów. Zaraz później wyobraziłam sobie zupełnie coś innego… A gdyby tak ktoś namalował graffiti na barakach w Auschwitz??? NIE!!! To akt głupoty i wandalizmu. Prypeć to jest muzeum i tak powinno być traktowane. 

Pokój, w którym coś zostało...

Pokój, w którym coś zostało...

Cała nasza grupa rozbiegła się po różnych budynkach. Tu restauracja, tu hotel, tu sklep, a tu bloki mieszkalne… Pod drzewem ktoś zostawił buket świeżych kwiatów… Wybiegłam kilka pięter na dach hotelu- rośnie tam kilka drzew. Po drodze zwiedziłam kilka korytarzy prowadzących do opustoszałych i totalnie okradzionych pomieszczeń.

Pokój w hotelu...

Pokój w hotelu...

Szabrownicy wynieśli z Prypeci praktycznie wszystko co mogli, łącznie z meblami, grzejnikami czy umywalkami. To nie dziwi tak bardzo, bo przecież Prypeć był idealnym, bogatym miastem dla wybrańców, którzy mieli zaszczyt pracować w elektrowni… Spodziewałam się zobaczyć nietknięte od 23 lat pomieszczenia- zobaczyłam splądrowane bloki.

Drzewa na poddaszu hotelu

Drzewa na poddaszu hotelu

Z dachów budynków widać niesamowitą panoramę Miasta Duchów, a w oddali elektrownię w Czarnobylu i sarkofag IV reaktora (3km). Wszechobecna cisza i pustka tego miasta długo pozostaną w mojej pamięci…

Hotel w Prypeci

Hotel w Prypeci

Z Prypeci pojechaliśmy do naszej bazy na obiad. Polazłam z jednym Ukraińcem do sklepu po pifko- skoro można pić pifko na Etnie, to można i w Czarnobylu  ;)

Prypeć - Miasto Duchów

Prypeć - Miasto Duchów

 

Przy wyjeździe z „Zony” kontrolowano czy się przypadkiem nie napromieniowaliśmy ;)

Kontrola promieniowania

Kontrola promieniowania

Później wesołym busem popędziliśmy do Kijowa… wesołym, bo się odkażaliśmy ;)

Miś i panorama Prypeci. W oddali elektrownia...

Miś i panorama Prypeci. W oddali elektrownia...

Misiu zaintrygował moich ukraińskich współtowarzyszy wycieczki. Pytanie, które mnie rozbroiło: ‘A niedźwiedź to gdzie już był? :) :) :)   hehe Niedźwiedź już nawet w Czarnobylu był :)  

Rzeka Prypeć i rezerwat w Czarnobylu...

Rzeka Prypeć i rezerwat w Czarnobylu...

cze
23
Miś na rynku w Zamościu

Miś na rynku w Zamościu

Jak wszystkim wiadomo już za trzy lata mamy wspólnie z Ukrainą organizować Euro 2012. Fajnie. Niby blisko, sąsiedni kraj, tylko jedna granica. Pytanie czy tylko jedna, czy AŻ JEDNA??? Postanowiliśmy z Misiem, Ewką, Martyną i Madzią wybrać się na wschód do Lwowa coby sobie pozwiedzać. Naszą bazą miała być Dolina Roztoki, skąd mieliśmy sobie wyskoczyć do Zamościa, Lublina i Lwowa. Zamość ładny, Lublin jeszcze ładniejszy, a w każdym mieście pifko pyszniejsze :) Po błogim lenistwie przyszła pora na jednodnoiwy wyjazd do Lwowa. Pojechaliśmy na najbliższe przejście graniczne w Hrebennem.

Adam, Miś, Ewka, Magda i Martyna na ryneczku w Zamościu

Adam, Miś, Ewka, Magda i Martyna na ryneczku w Zamościu

Po ok. pół godzinnym oczekiwaniu przejechaliśmy polską granicę i pojechaliśmy na ukraińskie przejście. W tzw. międzyczasie wypełniliśmy z trudem zdobyte „kartinki” potrzebne chyba do cła, na których na GRANICY Z UNIĄ EUROPEJSKĄ  wszystko było napisane po Ukraińsku i tak jakby angielsku… cytuję: „sumame” (nazwisko), „day of dirth” (data urodzenia)… nic dodać nic ująć… 

Miś w Lublinie

Miś w Lublinie

Jedziemy dalej. Spod ukraińskiej granicy cofnięto nas, bo nie zabraliśmy z jakieś budki „kartinki”- jakiej znowu kartinki??? Wróciliśmy po karteczkę, na której było napisane ile osób i czym wjeżdża na Ukrainę. Ok, podjeżdżamy pod budkę graniczną.

Zagroda Guciów

Zagroda Guciów

Kierowca podchodzi z paszportami do celniczki. Celniczka, to taka suczka o imieniu Natalia, która wygląda jakby ją z betonu odlali… Prosi, żeby wszyscy z samochodu wysiedli, więc nasza polska, radosna, optymistyczna młodzież wysiada.

ukraiński kibel

ukraiński kibel

 Nasze uśmiechnięte (ale nie roześmiane) twarze nie podobają się. Pyta dokad jedziemy. Mówimy, że do Lwowa. Po co? Pozwiedzać. Co? Więc wymieniamy, że Cmentarz Orląt Lwowskich czy Katedrę Ormiańską… A co Wy Ormianie jesteście??? Nie, po prostu chcemy zobaczyć. Suczka zmierzyła nas tępym wzrokiem, spojrzała na paszporty i kazała wypełnić „kartinki”.  Wszystko fajnie, tylko ”kartinki” mamy już wypełnione i jak się chwilę później okazuje, „kartinki” są wypełnione identycznie z tzw. „wzorem”. Być może mieliśmy je uzupełnić banknotami…???  W tzw. międzyczasie suczka dopytuje kierowcę o dokument upoważniający do prowadzenia firmowego pojazdu na Ukrainie. Dupa, nie mamy.

Bociek! Uratowani!

Bociek! Uratowani!

Mało kto wie, że taki dokument w ogóle jest potrzebny… Ale „kartinki” nie wypełnione przez optymistyczną polską młodzież, więc JEST POTRZEBNY… Suczka kieruje nas do celnika po drugiej stronie. Ten, co drugie słowo mówi zrozumiałe dla nas „kurwa” i wygląda jeszcze groźniej, niż suczka. Teoretycznie możemy wjechać, ale jak nas zatrzyma policja, to nam weźmie auto. Taa, a policja czeka na telefon kilka kilometrów za granicą… Zawracamy. Jeszcze tylko mały postój na toaletę po stronie ukraińskiej… Chcę wejść za Ewką, ale ona krzyczy: „Dziewczyny, nie wchodźcie tutaj!!!” Martyna zapłaciła, weszła i fotę zrobiła ;) Zdecydowanie ubikacje i granice z Ukrainą są gotowe na przyjęcie kilkuset tysięcy kibiców piłkarskich z cywilizowanych krajów… :) :) :) No i jeszcze tylko sześciogodzinny postój na granicy, żeby nas z powrotem do Polski wpuścili… Taa i to gniazdo bocianie zaraz za polską granicą… „Bociek!!! Uratowani!!!”.

Madzia, Martynka, Ewka i Adaś

Madzia, Martynka, Ewka i Adaś

PS. Z ekipą taką jak Martyn, Magda, Ewka i Adam, to ja wraz z Misiem nawet w ciemnej, ukraińskiej dupie będziemy się dobrze bawić!!! Dzięki Wam wielkie!!!

cze
18
Miś z La Sagrada Famiglia

Miś z La Sagrada Famiglia

Boże pobłogosław tanie linie lotnicze!!! Wylatujemy w składzie Miś, Iwonka i ja. Barcelona wita nas pięknym słonkiem i południową roślinnością- jaha! Maxi, nasz host z CS, okazuje się pozytywnie zakręconym Argentyńczykiem i niesamowitym przewodnikiem. Na hasło ’follow me’ podążamy za Maxim po uroczych uliczkach w centrum Barcelony. Tak oto trafiamy do przeróżnych zakątków miasta, poznając ich historię i ciekawe katalońsko-argentyńskie anegdoty. Pod katedrą Sagrada Famiglia urządzamy małą sesję zdjeciową i ruszamy w stronę Parku Guell, gdzie wrzucamy symboliczny grosik-marzenie do fontanny.

Miś na trąbie mamuta

Miś na trąbie mamuta

Co do architektury to cała Barcelona jest przesiąknięta do ziarnka piasku Gaudim- to taki budowlaniec ;)  Nawet mijany squot ma w sobie coś z niego ;)  

Z Misiem na lwie pod pomnikiem Kolumba

Z Misiem na lwie pod pomnikiem Kolumba

Obiad jemy w bardzo klimatycznym i zatłoczonym lokalu, gdzie wszyscy stoją i popijają posiłek szampanem… Po dwóch butelkach musującego płynu nasz świat staje się różowy, zresztą jak ten płyn :) W mieszkaniu rzeczywistość rozmywa się tym bardziej <lol> ;) I takie rozmazane pełzniemy na plażę :) Wieczorkiem idziemy na CS meeting, gdzie spotykamy się z Sylwestrem i Tomeczkiem. Ciężki wieczór, a jeszcze cięższy poranek… Spędzamy zatem lightowy dzień na plaży, by wieczorem znów bryknąć na miasto.

Miś z Iwonką, Tomkiem i Sylwią na CS meeting

Miś z Iwonką, Tomkiem i Sylwią na CS meeting

Umawiamy się z naszym następnym hostem w knajpie „pod łukiem”, czyli pijemy i palimy w bramie :)  

Miś na pomniku pod Montjuic

Miś na pomniku pod Montjuic

W Barcelonie zwiedzamy jeszcze Łuk Triumfalny, Park Cytadela z jeziorkiem, fontanną i kamiennym mamutem oraz idziemy z Maxim zdobyć fortecę na Montjuic. W ostatni wieczór wylądowaliśmy pod Magiczną Fontanną, która zauroczyła nas niesamowitym widowiskiem pt. „światło i dźwięk”. Wow! Takich ciareczek to się nie spodziewałam… Ciężko znaleźć w Europie miasto, które dorównywałoby Barcelonie pięknem, plażami i nocnym życiem… 

Magiczna Fontanna 1

Magiczna Fontanna 1

Magiczna Fontanna 2

Magiczna Fontanna 2

cze
16
Miś i Parlament

Miś i Parlament

To już tradycja, że na weekend majowy trzeba wyjechać. Tym razem padło na Budapeszt. Na tylnich siedzeniach samochodu urządzamy sobie razem z Ewką i Misem małą melinę i do przodu! Już na samym początku w Budapeszcie zaskakuje nas dobroduszność Węgrów- przypadkowy kierowca zapytany o drogę postanawia pilotować nas przez miasto na miejsce. I tak oto trafiamy do mieszkania Pabla z HC. Jesteśmy zmęczeni, więc razem z Pablem idziemy spać na wyspę Małgorzaty. Jest uroczo, słonko świeci, ptaszki ćwierkają, dzieci biegają… Słowem, błogi odlot…

Miś z Ewką

Miś z Ewką

Na tych chmurkach przemieszczamy się już do końca wieczorka, wpierw do knajpki, później na niezwykłe dicho, by zakończyć na domowym koncercie… Rankiem wyruszamy na zwiedzanie Pesztu. Idzie nam to ciężko, zwłaszcza, że jedna z koleżanek chce zwiedzać autem (co za poroniony pomysł???!!!). Ostatecznie co nieco udaje nam się zobaczyć… Najlepszy myk, to przemieszczenie się z centrum Pesztu do Budy pod Basztę Rybacką, gdzie gówniany GPS wywozi nas 20 km za Budapeszt- rehehehehe :) :) :) Nie ogarniamy tej kuwety :) :) :)

Z Misiem przy Baszcie

Z Misiem przy Baszcie

Na trzeźwo ani Miś, ani Ewka, ani ja byśmy tego nie znieśli, ale dobre znieczulenie pozwoliło nam się nawet świetnie bawić ;) Wracamy w okolice mieszkania i okazuje się, że po godzinie 22 w tej dzielnicy Budy nie można kupić alkoholu. Porażka, więc brykamy, oczywiście bryką do Pesztu po pifko ;)  Przygoda, przygoda… Kilka razy przejeżdżamy ten sam most i już już po 2 godzinach wracamy :) I znów biba. Rankem pakujemy się i jedziemy zwiedzać Budę. Oczywiście GPS znów daje radę :) :) :) Z trudem docieramy pod Basztę Rybacką i na Wzgórze Gellerta…

Miś w Budzie :D Nie, w Peszcie!!!!

Miś w Budzie :) Nie, w Peszcie!!!!

Mykamy jeszcze na winne zakupy i spadamy za opóźnionym w rozwoju GPS’em do Polski- trza się napić, bo tego na trzeźwo się nie da znieść…

cze
10

 

RIO DE JANEIRO

 

Miś z Chrystusem

Miś z Chrystusem

Do Brazylii pojechałam z Agatą i oczywiście Misiem. O godzinie 5 rano na lotnisku w Rio uderzyła w nas fala brazylijskiego żaru… Kilka godzin później stawiałyśmy pierwsze kroki po mieście, oczywiście w stronę plaży. Byle tylko dotknąć pierwszy raz wody, poczuć piasek pod stopami i wypić zimne pifko :) I teraz wiedziałam już na pewno i moja dusza też to krzyczała: ‘Jestem na najsłynniejszej plaży na świecie (Copacabana) i opalam się w lutym!!! Bosko!!! Później ta sama dusza krzyczała jeszcze, że zdobyła kolejny dach świata, czyli słynnego Chrystusa i niezmiernie cieszyła się podziwiając panoramę Rio widzianą z Głowy z Cukru (Pao de Acucar).

Lapa

Lapa

Lapa- w dzień budzi strach i niepewność (bezdomni), by w nocy zamienić się tętniące życiem centrum imprezowe. W całym Rio jest tylko jeden punkt informacji turystycznej (RIOTUR). Poszłyśmy raz do banku, żeby wymienić pieniądze. Ochrona kazała nam pokazać co mamy w torbach, więc wyciągnęłam Misia :) Pieniędzy nam nie wymienili, bo nie miałyśmy ze sobą paszportów, a poza tym wymieniają tylko do 15:00 i trzeba zapłacić 15 dolarów podatku. Ściana płaczu, czyli bankomat okazał się przyjacielem…

Panorama Rio z Głowy z Cukru

Panorama Rio z Głowy z Cukru

Co od razu rzuca się w oczy w Brazylii, to czarne szyby w autach- ochrona przed słońcem i… bandytami… Istnieje niepisana umowa między kierowcami autobusów a ludźmi mieszkającymi w favelach- mogą oni jeździć za darmo, w zamian nie napadają na autobusy… Kiedyś wsiadłyśmy do autobusu jadącego przez favele, za oknem słychać było huk podobny do strzału. Drobna kobietka napisała na kartce ‘this bus is dangerous…’ Nic nam się nie stało, ale wciąż pamiętam tę niepewność czy dojedziemy tam, gdzie mamy dojechać…

Głowa z Cukru

Głowa z Cukru

Panorama Rio cieszy oko: w dolinkach i wzdłuż oceanu widać pełne przepychu plaże i wieżowce. Miasto wydaje się nieskończenie wielkie i piękne…

Chrystus...

Chrystus...

Ale to złudne wrażenia, bo pod tym samym Chrystusem, który jest dumą i chlubą Rio, na oddalonych od centrum wzgórzach widać favele, a w nich setki tysięcy ubogich rodzin…

Favele w Rio...

Ekskluzywne favele w Rio...

To z jednej strony budzi współczucie, z drugiej zaś strach. Tak, po raz pierwszy w życiu bałam się biednych ludzi… Ale ci sami ludzie są też sercem, duszą i największym darem tego miasta. Oni nie poddają się wszechobecnej beznadziei. Są zawsze gotowi i chętni do pomocy.

 

MORRO DE SAO PAULO 

 

Niedaleko Salvadoru znajduje się wyspa Morro de Sao Paulo. Jedziemy tam odpocząć przed karnawałem, a zarazem nacieszyć oczy pięknymi widokami. Na miejsce dopłynęłyśmy katamaranem. 

Taxi w Morro de Sao Paulo ;)

Taxi w Morro de Sao Paulo ;)

Na brzegu przywitali nas kolesie z taczkami i mówią, że są taksówkarzami- na taczkach faktycznie widnieje napis ‘taxi’ :) Kosmos ;)

Miś w Morro de Sao Paulo

Miś w Morro de Sao Paulo

W raju dla turystów zamieniłyśmy się w trzy leniwce, czyli plaża, pyszne jedzonko i plażowe party by night… Trzy dni później wyruszyłyśmy w drogę powrotną do Salvadoru, bo właśnie rozpoczynał się karnawał…

 

CARNAVAL SALVADOR BAHIA

 

Owszem, najsłynniejszym karnawałem na świecie jest karnawał w Rio, ale najlepszym karnawałem na świecie jest karnawał w Bahia. To tam jadą wszyscy południowcy i mają rację!!!

Bahia Carnaval

Bahia Carnaval

Na każdym kroku w Salvadorze czuć było atmosferę karnawału, miasto tętniło w rytm muzyki! Pierwszą karnawałową noc spędziłyśmy u pewnej zaprzyjaźnionej rodzinki w… favelach (tych murowanych- nie kartonowych…) Wow, to było coś! Z jednej strony odrobina strachu i niepewności, a z drugiej niesamowite doświadczenie, które uczy pokory i szacunku dla ludzi…

Widok z okna w Salvadorze...

Ekskluzywne favele w Salvadorze...

Później przeprowadziłyśmy się do Alexa z CS. Oprócz nas Alex gościł w tym samym czasie dwóch ludków z Porugalii, Francuza i Australijczyka, słowem przednia ekipa na karnawał :) I tak rozpoczęliśmy karnawałowe szaleństwo, czyli tańce i hulańce uliczne aż rana :)

Agata, Alex, Nono, Manuela, Miś i ja

Agata, Alex, Nono, Manuela, Miś i ja

A trzeba wiedzieć, że karnawał w Salvadorze odbywa się w trzech miejscach:  The Campo Grande, The Barra, The Pelourinho. Ostatnie z nich jest najbezpieczniejsze, natomiast my najwięcej bawiliśmy się wzdłuż plaży- Barra, bo tam były najlepsze zespoły i największe karnawałowe szaleństwo… Owszem, kradną, ale jeśli masz przy sobie tylko 10 zł na piwo, to nawet jeśli Ci to ukradną, to nic sie nie stanie :) Kilka dni później, po karnawale, polecieliśmy do Florianopolis…

 

FLORIANOPOLIS

 

Na Floripie miałyśmy znów odopczywać. A trzeba wiedzieć, że Floripa (in. Florianopolis) jest wyspą, która słynie z róźnych, przeróżniastych plaż… Po takiej ilości pięknych plaż, jakie mi było dane zobaczyć w życiu, już raczej żadna mnie nie zaskoczy, ale też żadna nie zaszkodzi :)

Friendy z Floripy :)

Friendy z Floripy :)

Natomiast Ci ludzie i ten klimat- ostra jazda bez trzymanki!!! Poleciałam z nimi po bandzie z iskrami, czyli tzw. ‘The highest level’!!! A co do Floripy, to warto zaznaczyć, że południe Brazylii jest inne: bogate i czyste. Śmiało można poczuć się tam jak w Europie…

 

FOZ DO IGUACU

 

Gdy weszłyśmy w Foz do hostelu, zobaczyłam na ścianie dwa niesamowite zdjęcia i powiedziałam Agacie, że koniecznie muszę kiedyś zobaczyć te miejsca!!! Pierwsze z nich przedstawiało wodospady w Foz i Agata uśmiechając się powiedziała, że właśnie tam zaraz pojedziemy.

Foz do Iguacu

Foz do Iguacu

Natomiast na drugim zdjęciu było Machu Picchu z Peru… Wodospady w Foz do Iguacu są położone na granicy brazylijsko- argentyńskiej. Po stronie Argentyny można poczuć wodospady, natomiast nie da się ich zobaczyć. Brazylijska strona gwarantuje nam natomiast przepiękną panoramę.

Z Misiem w Foz do Iguacu

Z Misiem w Foz do Iguacu

Po obu stronach park oferuje nam różne rozrywki, jak safari po buszu czy spływ kajakowy. I nie skłamię, jeśli powiem, że warto zobaczyć obie strony, przy czym każdej potrzeba poświęcić przynajmniej jeden dzień. My, niestety, miałyśmy tylko jeden dzień, więc zwiedziłyśmy Foz od strony brazylijskiej.

Foz..

Foz..

 Cudowne miejsce…       

cze
09
Z Misiem na Preikestolen

Z Misiem na Preikestolen

Wyjeżdżamy z Oslo. Obeni: driver (Budziol), dziewczyna drivera (Cwynia), mały Cwaniak (Natalia), Kroma (czyli Kroma), Miś, Żyrafka i ja. Oczywiście trzeba jeszcze zakupić prowiant wyprawowy i takie tam… A teraz uwaga: nie
zabrałam z Polski zupek chińskich!!! (Budziol: ‘to co Ty bedziesz żarła???!!!’) :D Po kilku godzinkach jazdy znajdujemy miejsce na postój- wydaje się idealne, gdyby nie tabliczka z napisem „no camping”, jednak jeziorko urzeka nas do tego stopnia, że szybko wypieramy słowo „no” z tabliczki. Rozbijamy namiocik i rozpoczynamy fullwypaśny piknik. I tu trzeba wspomieć o ubranich w paski, które odstraszają komary i o poczuciu symetrii i głębi… eh te lole… ;)

Miś, Cwaniak, Budziol i Natalia

Miś, Cwaniak, Budziol i Natalia

Rankiem przygoda, przygoda ruszamy dalej… Po kilku godzinkach jazdy naszym oczom ukazuje się wymarzona miejscówka na postój: widoczek na jeziorko, a wokół niego łaciate w śnieg górki- jest ślicznie!!! Tam robimy zdjęcia, Miś uczy się latać i historyczny (jak się później okazało) moment wyprawy: Kroma robi zdjęcie :)

Miś uczy się latać

Miś uczy się latać

Następny postój nad morzem, tam błogie lenistwo, chodzenie po linach i takie tam… Ale trza szczyty zdobywać, więc zabieramy swoje zabawki i jedziemy na Preikestolen. Ok 1,5 godz. spacer pod górkę i już już jesteśmy- szczytujemy na szczycie- a co! Na sławnej skale okazuje się, że jestem największym cykorem, tak, mam lęk wysokości. Widok zapiera dech w piersiach (mi po części ze strachu), a tak serio, to z Preikestolen rozpościera się przepiękna panorama na fiord Lysefiorden. ok.20-21 schodzimy na dół. Znaleźliśmy fajną miejscówkę na nocleg, ale… hmmm były ich setki a może nawet miliony- małe muszki… koszmar…

Wszyscy na Preikestolen

Wszyscy na Preikestolen

Rano błyskawicznie uciekaliśmy z tego przeklętego, zamuszonego miejsca, byleby tylko dojechać do cywilizacji bezmuszej czyli Nie-Mucholandii i zjeść spokojnie śniadanko.

Miś na Preikestolen

Miś na Preikestolen

Zaparkowaliśmy w pobliskiej Królikolandii, którą zamieszkiwały dwa króliki. Tam ugotowaliśmy fit-jajecznicę na wodzie i postanowiliśmy dospać w cieniu drzewek… Kroma znów aktywnie biegała w tym czasie to po linie, to za królikami :) W dalszej trasie napotkaliśmy ni to rzekę ni to jeziorko i poszliśmy się kąpać. Jedno jest pewne- ten twór wodny był polodowcowy i okropnie zimny!!! brrryyy!!! W drodze powrotnej widzieliśmy jeszcze prześliczne wodospady, a przy jednym z nich urządziliśmy sobie nawet borówkobranie :)

Miś na plaży nudystów

Miś na plaży nudystów

Muszę wspomnieć o naszej wizycie na plaży nudystów w Oslo… hmm, Misiu wstydził się zdjąć kokardkę ;) ale ostatecznie pozował do fotek, których oczywiście nie wolno tam robić…

cze
08

Krótki przewodnik po Sycylii: http://effciab.wordpress.com/sycylijskie-osobliwosci/

Dwa tygodnie na Sycylii- jaha! Lecimy w trójkę: Marzenka, Miś i ja. Wreszcie będzie można po prostu odpocząć i zanurzyć sie w błogim, sycylijskim lenistwie… :)

Jaszczurka modelka ;)

Jaszczurka modelka ;)

Większość naszego pobytu wyglądała tak samo: wstajemy koło 12 w południe, idziemy na plażę i tam leżymy do 17, później gotujemy obiad, troszku odpoczywamy i wieczorkiem jedziemy na imprezkę do centrum Katanii, gdzie zostajemy do 3-5 rano, no i znów wstajemy koło 12… słowem, nice :)

Riserva Naturale dello Zingaro

Riserva Naturale dello Zingaro

Udało mi się namówić moich katańskich friendów (Ciccio i Ottavię) na dwudniową wycieczkę krajoznawczą do Cefalu, Erice i Rezerwatu Cyganów- do tych miejsc nie udało mi się jeszcze dotrzeć… Po drodze do Cefalu zatrzymujemy się w zajeładnym miejscu- szczena opadła mi z wrażenia, a Misiu dostał wytrzeszczu oczu- Raj!!! 

Miś w pierwszym raju...

Miś w pierwszym raju...

W raju spędzamy kilka godzin na kąpieli i opalaniu się, po czym jedziemy do Cefalu. Miasteczko faktycznie jest urocze! W końcu to jeden z najpiękniejszych, sycylijskich kurortów.

Miś na schodach w Cefalu

Miś na schodach w Cefalu

Po krótkiej sesji zdjęciowej jedziemy dalej. Wieczorkiem dojeżdżamy do Erice. Ericze, to średniowieczne miasteczko położone na wzgórzu, wysokim wzgórzu. Tylko w średniowieczu mogli wpaść na to, żeby budować miasto z kamienia na stromej górze ;) 

główna ulica w Erice...

główna ulica w Erice...

Idziemy uliczką (zdaje się główną) w Erice ok 21 a tu żywego ducha nie widać. Chcemy coś zjeść, napić się a tu nic.. Po chwili wyłania się jakaś opustoszała restauracja, później rynek, na którym są 2 inne restauracje i w sumie (nie licząc nas) może 6 osób… Klimat nieziemski. Oczywiście wszystkie sklepy pozamykane, co nas zbytnio nie dziwi- był czas przywyknąć. Nawet dzielnica hiszpańska świeci pustkami (nie licząc trzech psów, które patrzą na nas, jak na duchów). Postanawiamy nie zostawać w Ericze na noc… Wstajemy wraz z oślepiającym wschodem słonka. Idziemy na poranną kawę i jedziemy do Rezerwatu Cyganów.

Miś i Mazia w Rezerwacie Cyganów

Miś i Mazia w Rezerwacie Cyganów

Jeśli raj istnieje, to jest on właśnie tam. Nigdy nie widziałam tak pięknego miejsca. Skałki, biała plaża, wysokie góry wokół, woda tak czysta, jak tylko można sobie wymarzyć… Dojechaliśmy tam koło 7-8 rano, więc nie było jeszcze nikogo- cała plaża dla nas :) . Tam opalanko, kąpiel i nawet Misiu uznał, że w tak cudnym miejscu musi sobie popływać!!! Więc uczyłam Misia pływać pieskiem ;)

Uczę Misia pływać pieskiem

Uczę Misia pływać pieskiem

W pewnym momencie zrobiło się zamieszanie, patrzymy, a tu rodzinka dzików też upodobała sobie tę plażę :) Mama, tata i 3 małe dziczki na dzikiej plaży w dzikim rezerwacie :)   Kilka godzin później wyruszamy do Katanii. Po tej wyprawie pokochałam Sycylię jeszcze bardziej. „Są rzeczy na niebie i ziemi, o których ani śniło się Waszym filozofom…” W. Shakespeare.
Następna wyprawa z Tonim (nasz friend i host). Jestem nieprzytomna po całonocnych wybrykach, ale szybko się zbieram, Miś pod łepek i jedziemy nad jeziorka w Cava Grande. W sumie jedziemy w 10 osób (2 Italiano, 4 Polki i 4 Słowaków). Po godzinie czy dwóch docieramy do celu. 

Z Misiem w Cava Grande

Z Misiem w Cava Grande

Kanion urzeka swoim pięknem i niepowtarzalnością. Widok, który zastałam na miejscu rzucił mnie na kolana z dwóch powodów: piękna i zmęczenia ;)  Do jezior trzeba było schodzić stromą ścieżką ok. 30- 40 min., ale było warto. Co energiczniejsi kąpali się i wygłupiali np. Toni czy Mazia ;)

Wydawało mi się, że dość dobrze znam Sycylię, ale to miejsce było dla mnie naprawdę pozytywnym zaskoczeniem… Ciekawa jestem ile jeszcze takich ‘zaskoczeń’ spotka mnie na tej małej wyspie pełnej cudów…???

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.